Noc listopadowa a faszyzm?

55
1537

Noc listopadowa a faszyzm?

“Piękny, dwudziestoletni” poeta i redaktor “Sztuki i Narodu” Andrzej Trzebiński, którego ulubionym miejscem przechadzek (i randek) był park Agrykola z pomnikiem Jana III Sobieskiego, pisał, że noc listopadowa 1830 r. była pierwszą rewolucją faszystowską w historii. (Oczywiście nie była to dla niego nagana ani obelga).

Czy coś jest na rzeczy w tym zaskakującym, prima facie, określeniu? Wydaje się, że jest coś na rzeczy, jeżeli przypomnimy sobie tzw. cykl Kondratiewa (rozwijany u nas także przez prof. Piskozuba), który w modelu “dendrycznym” opisuje wyłanianie się w kręgu cywilizacji zachodniej nowych idei politycznych w wiekach XIX i XX, inspirowanych przez romantyzm, to ze wskazanych przezeń sześciu nurtów trzy należą do “ideologii kontestacji politycznej”: anarchizm, nihilizm, a na końcu faszyzm.

W akcji “belwederczyków” można zatem dostrzec kilka cech avant la lettre rzeczywiście faszystowskich, antycypujących zwłaszcza nurt zwany we Francji “romantyzmem faszystowskim” (Drieu La Rochelle, Brasillach):
– mieszany, wojskowo-cywilny charakter akcji, ale podjętej przez właściwie dopiero kandydatów na żołnierzy (podchorążych) dowodzonych przez zaledwie podporucznika: ten “mit porucznika”, najwyżej kapitana, występującego także przeciwko wyższym szarżom – generałom, którzy zdążyli już obrosnąć w tłuszcz i wrosnąć w establishment, pojawia się w wielu “rewolucjach narodowych” XX wieku (hiszpańska Falanga, francuska OAS, Grecja w latach 60., liczne pronunciamientos i golpes w Ameryce Płd.). W tej sytuacji jednak siłą rzeczy “mózgiem i sercem” akcji stają się cywile, którzy mają “wielką ideę” natychmiastowej i totalnej przemiany;
– ci cywile to intelektualiści, poeci i artyści (Mochnacki, Nabielak, Goszczyński, Rettel), a socjologicznie rzecz ujmując – ludzie zawieszeni pomiędzy klasami społecznymi: szlacheckie na ogół pochodzenie oraz wykształcenie predestynowałoby ich do bycia częścią elity, klas wyższych, ale brak majątku, wysokich stanowisk i młody wiek czyni ich outsiderami, toteż i ludźmi mającymi poczucie, że głupsi i gnuśniejsi od nich zajmują należne im z racji “geniuszu” miejsce; świadomie bądź podświadomie oczekują, że zwycięska rewolucja/powstanie stanie się też wymianą elit i ich wyniesie na narodu czoło; natomiast, choć w swoich tekstach często wielbią “lud” jako rezerwuar jakichś tajemniczych mocy i szlachetności, to realnego plebsu nie znają i niekoniecznie chcą go poznać, co najwyżej wykorzystać jako masę uderzeniową;
– wiara, że “czyn” można wykrzesać jakimś nagłym i wielkim poruszeniem, a zwycięstwo nie jest kwestią kalkulacji sił i środków, tylko entuzjazmu i woli; okrzyk “do broni!” staje się jakby świeckim odpowiednikiem boskiego “stań się!”, mającym tak samo cudowną moc sprawczą;
– apoteoza narodu, ale nie jako socjologicznej rzeczywistości, czy łańcucha pokoleń, tylko jako idei, którą trzeba dopiero urzeczywistnić: na razie “narodem” – cierpiącym i walczącym za jego ideę – jest garstka tych, którzy mają w sobie ducha narodowego, którzy rozpoznali się w swoim narodowym jestestwie;
– estetyczny stosunek do życia, czyli przeżywanie podjętej akcji jako spektaklu, w którym wszystkie środki ekspresji artystycznej są wprzęgnięte w świętowanie i podsycanie nastroju entuzjazmu: to zwłaszcza ów pierwszy tydzień po nocy belwederskiej, obchodzony jako “Wielki Tydzień Polaków; to z kolei jakby antycypacja “artystokracji” w “Republice Carnaro” Gabriele’a D’Annunzia w Fiume.

Zobacz także  Birmański problem.

prof. Jacek Bartyzel

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.