Podkarpacie raus!

4
6153

To, że zwolennikom Trzaskowskiego odbije po przegranych wyborach, było oczywiste dla każdego, kto chociaż pobieżnie śledzi polską scenę polityczną. Ale zaskoczyło to jak bardzo im odbiło.

Opozycja demokratyczna – zarówno jej politycy jak i zwolennicy – ma to do siebie, że traktuje każde kolejne przegrane wybory tak, jak pacjent traktuje informacje o tym, że złapał jakieś paskudne choróbsko i wkrótce wyciągnie z jego powodu nogi. I nie jest to z mojej strony metafora. Elisabeth Kubler-Ross w swojej słynnej książce On Death and Dying opisała pięć etapów psychologicznych przez które przechodzi taki pacjent – i OpoDem bez pudła wpisuje się w ten schemat.

Widać to doskonale po ostatnich wyborach. Pierwszym etapem cyklu Kubler-Ross jest zaprzeczenie – i to było widać w niedowierzaniu, że przegrali i oskarżeniom, że wybory zostały sfałszowane. Drugim etapem jest gniew, który tym razem skupił się na Podkarpaciu in general i na podkarpackich rolnikach in particular, i o tym właśnie będzie ten tekst. Trzecim etapem jest targowanie się i niektórym ten etap już udało się osiągnąć poprzez postulaty, że wyborcy na pewno znowu pokochają Platformę jak ta tylko zmieni nazwę i stworzy w końcu program.

To, że Podkarpacie jest propisowskie nie da się ukryć. To właśnie tutaj PiS ma władzę nad jedynym dużym miastem, Stalową Wolą. Tu Duda dostał ponad 70% głosów, co było najlepszym wynikiem z wszystkich województw. Ba, u mnie na wsi wykręcił ponad 80% a w sąsiedniej wiosce 90%. OpoDem ma swoje teorie na temat tego skąd się wzięło aż tak wysokie poparcie. Jedną z nich jest oczywiście to, że Podkarpacie to ciemnota i głosuje więc głosuje na ciemnogrodzką partię. Inna teoria głosi, że PiS kupił sobie nasze głosy. Teoria ta zakłada, że my wszyscy to jesteśmy biedna patola i jak rząd dał nam po pięć stów na gówniaka, to jesteśmy bardzo kontent i będziemy na nich głosować nawet jak codziennie będą gwałcić grupowo konstytucję i praworządność.

Obydwie te teorie są, rzecz jasna, gówno warte.

Prawda moim zdaniem leży zupełnie gdzie indziej. Podkarpacie, nie przeczę, jest relatywnie konserwatywnym regionem – ale do niedawna było też regionem bardzo biednym. Ba, najbiedniejszym w Polsce. Jednym z powodów tego stanu rzeczy było to, że polityka regionalna poprzednich rządów opierała się na haśle „chuj z tą polską wschodnią”. Środki i inwestycje szły do Małopolski, Wielkopolski, Mazowsza, Pomorza czy Śląska, a Podkarpacie, Lubelszczyzna czy Podlasie dostawały okruchy. Za rządów PiSu to się zmieniło i te wschodnie województwa zaczęły być traktowane bardziej sprawiedliwie.

Zobacz także  Islam ma rację co do kobiet

Podkarpacie wiedziało jak wykorzystać tą szansę i obecnie jest jednym z najszybciej rozwijających się województw w kraju. W 2018 tempo wzrostu PKB Podkarpacia wyniosło 7,8% przy średniej krajowej 6,3% i wyprzedziliśmy pod tym względem wszystkie pozostałe województwa, łącznie z mazowieckim. Pod względem wielkości PKB z ostatniego miejsca które zajmowaliśmy przeskoczyliśmy już do mniej więcej połowy stawki, wyprzedzając nie tylko całą resztę ściany wschodniej – która skądinąd też zaczęła się za PiSu ładnie rozwijać – ale też np. Opolskie czy Zachodniopomorskie. Pensje nadal są niższe niż w reszcie kraju, ale przed pandemią dość szybko rosły i po niej pewnie znowu zaczną rosnąć, a niższe koszty życia dość dobrze to rekompensują.

I nie są to suche cyferki. W pierwszej dekadzie XXI wieku była tu taka bieda, że kto żyw uciekał za granicę, do Warszawy albo na zachód. Niczym niezwykłym była sytuacja, w której dzieci widywały swojego ojca tylko na święta bo ten harował na niemieckich czy irlandzkich budowach żeby utrzymać rodzinę. Teraz żyje się już tutaj całkiem przyjemnie i kupa osób, które wtedy uciekły, teraz wraca, buduje tu domy i zakłada rodziny i firmy. Skądinąd ten rozwój nie jest wyłącznie zasługą PiSu – ale ich polityka regionalna na pewno dała do niego impuls, co wielu mieszkańców bardzo docenia.

Oczywiście OpoDemowi nigdy nie przeszkadzało coś takiego jak fakty. Dla nich Podkarpacie nadal jest tym biednym i zacofanym regionem jakim było za rządów ich ulubieńców. A winnym ich porażki stał się podkarpacki „rolnik z ryjem w zgniłych truskawkach”, cytując zapijaczonego absolwenta 6 klas podstawówki, którego chcą teraz ukarać bojkotując jego produkty. Co skądinąd jest o tyle ciekawe, że Podkarpacie wcale nie jest regionem rolniczym – tutejsza produkcja rolna skupia się w małych rodzinnych gospodarstwach, którym trudno rywalizować z ogromnymi farmami, i stanowi niewielki procent dochodów województwa. Kołem zamachowym naszej gospodarki jest gwałtownie rozwijający się przemysł, w którym pracuje już 35% mieszkańców regionu i sektor technologii wysokich – Podkarpacie w 2018 znalazło się na pierwszym miejscu w kraju pod względem nakładów na działalność innowacyjną i pod względem współpracy firm prowadzących taką działalność oraz na czwartym miejscu pod względem przychodów netto ze sprzedaży produktów innowacyjnych.

Siłą rzeczy więc wizja tego, że jakiś rozgoryczony przedstawiciel Warszawki czy Krakówka kupi sobie w niemieckim supermarkecie hiszpańskie pomarańcze zamiast podkarpackich ziemniaków jakoś nieszczególnie spędza nam sen z powiek. Sam fakt, że obiektem ich nienawiści stali się podkarpaccy rolnicy wiele jednak mówi o nich samych. W oczach wielu mieszkańców wielkich miast – a tacy przecież dominują w OpoDemie – którzy na wsi bywają tylko na agrowczasach albo po słoiki od rodziny rolnictwo jest zajęciem prostym, wręcz prymitywnym, które od rolnika nie wymaga praktycznie żadnego intelektu. Ot, wsadzić w ziemię, podlewać od czasu do czasu, wykopać jak urośnie i oddać do skupu. Ta wizja rzecz jasna nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ale jest niestety dosyć częsta. I to ona tłumaczy dlaczego obiektem ataku stali się właśnie podkarpaccy rolnicy – tym, którzy najgłośniej o nim gardłują nawet nie przyszło do głowy, że my tutaj żyjemy głównie z innowacyjnego przemysłu i nowoczesnych technologii – w ich wizji mieszkańcy Podkarpacia są ciemniakami którzy nie potrafią zarabiać na niczym innym niż na tym, co im się uda z ziemi wyciągnąć.

Zobacz także  Boże, chroń królową!

To, że do takiego ataku w ogóle doszło i że teraz na Podkarpacie wylewa się z ich strony fala pomyj też nie jest szczególnie dziwna. Nie do końca wyszli bowiem jeszcze z pierwszego etapu Kubler-Ross i nadal nie do końca dociera do nich to, że przegrali. Czy też może inaczej – dotarło do nich, że przegrali, ale nie to, że przegrali uczciwie. Skoro ich kandydat był taki fajny, nowoczesny i europejski, to lud po prostu musiał go poprzeć. A skoro nie poparł, to ktoś jest temu winny. I tutaj właśnie wchodzi podkarpacki rolnik. Obwinianie go o tą porażkę pozwala uniknąć im szczerej oceny swojego kandydata i ich samych. Stwierdzenie, że historia lubi się powtarzać, jest tak banalne i zgrane, że aż wstyd go używać. Ale w tym wypadku skojarzenia są jednoznaczne.

W drugiej połowie 1918 roku dla władz Cesarstwa Niemieckiego stawało się jasne, że po dołączeniu się do wojny Amerykanów i ich niemal nieskończonych surowców ta stała się całkowicie nie do wygrania i dalsze przedłużanie konfliktu doprowadzi najwyżej do tego, że zmęczone społeczeństwo przeprowadzi im komunistyczną rewolucję. Podjęli więc jedyną możliwą w takich warunkach decyzję, o poddaniu się.

Wkrótce jednak wśród mieszkańców Republiki Weimarskiej – pseudopaństwa utworzonego przez zwycięzców na miejsce Cesarstwa Niemieckiego – pojawił się ogromny resentyment. Nie mogli zrozumieć tego, że przegrali wojnę. W końcu walczyli bardzo dzielnie, ponieśli ogromne straty i cierpieli ogromne niedogodności. Nie dali się też pokonać – wszak w momencie ogłoszenia kapitulacji niemieckie wojska nadal okupowały znaczną część Belgii. Bardzo szybko pojawiła się więc legenda o Dolchstoß czyli ciosie w plecy. Według niej winnym przegranej nie był fakt, że Niemcy jako państwo nigdy nie były gotowe na prowadzenie wyniszczającej wojny na dwa fronty i powinny się wycofać jak tylko stało się jasne, że plan Schlieffena nie zadziałał. Nie było winne to, że Hochseeflotte nie udało się pokonać Royal Navy i ta zablokowała wszelkie szlaki którymi do Niemiec trafiały surowce. Nie było winne nawet to, że kiedy niemieccy żołnierze musieli zadowalać się głodowymi porcjami suchego komiśniaka siedzący w okopach naprzeciwko Amerykanie dostawali puszki z wołowiną i słodycze. Przegranej był w tej wizji wyłącznie cios w plecy, wewnętrzna zdrada która doprowadziła do poddania się Niemiec tuż przed z takim trudem i poświęceniem wywalczonym zwycięstwem.

Początkowo wina za Dolchstoß spadła na demokratycznych i socjalistycznych polityków, którzy nigdy nie wykazywali nadmiernego entuzjazmu dla wojny. Ale szybko Niemcy znaleźli sobie innego kozła ofiarnego – Żydów.
I teraz wygląda na to, że mieszkańcy propisowskiego Podkarpacia stali się dla zwolenników OpoDemu właśnie takimi Żydami. To nie ich wina, że Rafał przegrał. Oni walczyli dzielnie, nie popełnili żadnych błędów i byli od krok od zwycięstwa – i na pewno by zwyciężyli jakby nie ci wredni podkarpaccy rolnicy, którzy dali się PiSowi przekupić 500 plus i nienawiścią do pedałów. To ich wina, nie nasza, i to ich trzeba teraz ukarać. Nawet metoda tego ukarania jest bliźniaczo podobna. Wszak bojkot żydowskich sklepów i firm był w Republice Weimarskiej powszechny długo przed tym zanim NSDAP wezwała do niego w 1933 roku swoich członków i sympatyków. Ba, patrząc na poziom nienawiści u niektórych członków OpoDemu wcale bym się nie zdziwił jakby przyklasnęli pomysłowi wprowadzenia jakiegoś podkarpackiego odpowiednika ustaw norymberskich tak jak przyklasnęli petycji o przyłączenie Podkarpacia do Ukrainy.

Zobacz także  Repolonizacja mediów, broń w Europie, ustawa księgarska

Co mnie osobiście powinno bardzo martwić i to martwić potrójnie. W końcu nie tylko urodziłem się i mieszkam w podkarpackiej wiosce ale także prowadzę tutaj gospodarstwo rolne. Pracuję również w reżymowych mediach, gdzie aktywnie starałem się przeszkadzać Rafałowi w kampanii bezczelnie opisując Czajkę, finansowanie przez niego Antify i LGBT i szereg innych drobnych potknięć. Ale się nie martwię. Przejście w Niemczech od bojkotu żydowskich warzywniaków do Holokaustu było bowiem możliwe tylko dzięki temu, że NSDAP udało się wygrać demokratyczne wybory – a nie zanosi się na razie na to, żeby OpoDem miał w rozsądnej przyszłości powtórzyć ten wyczyn.

4 KOMENTARZE

  1. Opozycja demokratyczn? Koń by się uśmiał. Totalsi są wszystkim innym ale nie demokratami bo oni nie uznają wyniku demokratynie przeprowadzonych wyborów.

  2. Boże, jak mnie cieszy każda przytomna i racjonalna ocena rzeczywistosci. W czasie kampanii wyborczej zostałam siedmiokrotnie zrugana i zablokowana za próbe utemperowania i skontrowania chamstwa i bredni zwolennikow Trzaskowskiego. Dzieki wielkie.

  3. A nie pamiętają już Państwo sytuacji kiedy w 2014r. Jarosław Kaczyński grzmiał z mównicy sejmowej o słaszowaniu wyborów?

    • Ekhem. 17% “nieważnych” głosów. Sondaże Exit Poll różniące się od wyników oficjalnych o kilkanaście procent. Nagłe zmartwychwstanie PSL który nie stąd nie zowąd został głównym macherem polski samorządowej.

      No rzeczywiście, identyczna sytuacja.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here